środa, 20 maja 2015



Co dalej z Kiki...

Kiki jest już dorosła i mieszka w lesie. Ale długo trwało przyzwyczajenie jej do wolności. W przeciwieństwie do Toraka ani myślała przenosić się do lasu. Wynika to pewnie z faktu, że w naturze sarny trzymają się w stadach a kozły prowadza niezależny żywot:)
Wspólne przebywanie jest raczej inicjatywą kozłów i są to krótkie epizody związane z okresem rozrodczym, czyli rują. I w związku z tym myślę, że Kiki uważała nas za stado.


Liczyłam no to, że gdyby pojawi się przy płocie jakiś rogaty przystojniak, rozważy ewentualność przeprowadzki. Bardzo długo wszelkie próby wyprowadzenia jej do lasu kończyły się niepowodzeniem. Każde nowe otoczenie obwąchiwała, potem popasła się, pobiegała i wracała za mną do domu.


Chciałam by miała swoje sarnie życie i jestem o nią bardziej spokojna niż o Toraka, bo jak znajdzie swoje stado to nauczy się z innymi wszystkiego a przede wszystkim większej nieufności. Bo Kiki nie kojarzy człowieka z zagrożeniem, nie ucieka, ale też nie podchodzi do nikogo prócz mnie.
Kiki nie przepadała za Baginsem, drażniła ją jego nachalność i ciągłe prowokacje. Kikunia chodziła dostojnie, jakby spacerowała czujnie strzygąc uszami a gdy się kładła to w tak strategicznym miejscu by mieć oko na wszystko nawet na padok z końmi.


Im była większa, -chcąc ułatwić jej odejście, ograniczyłam drapanie i wizyty w domu, ale nie bardzo ją to zniechęciło. Wychodziłam z nią, gdy widziałam sarny na polach i choć sarny się szybko płoszyły i nigdy nie podeszłam bardzo blisko, to liczyłam na to, że może ją to jednak ośmieli i zachęci. W końcu, kto nie próbuje…
Bardzo chciałam też odzyskać już ogród, bo już drugi rok z rzędu – najpierw Torak teraz Kiki, mam zjedzone wszystkie kwiaty i wszystkie krzewy obgryzione tak jakby szalony ogrodnik wykarczował wszystko, co nie sięga mu do klatki piersiowej.
Bardzo ciężki był sylwester. Kiki boi się wszelkich hałasów – samochodów, motorów, piły spalinowej… Przeczuwałam, że fajerwerki mogą ja wystraszyć tak, że zrobi sobie krzywdę. A to bardzo częste u saren. Uciekają w panice często nie widząc ogrodzenia uderzają w nie z taka mocą, że łamią sobie karki.


Dla bezpieczeństwa zamknęłam ją w piwnicy (zimą nie wchodziła do domu, miała zimową grubą sierść) z ciotkami suczkami, które miały stracha tak jak ona.
Nie pomogło.
Kiki skoczyła bardzo wysoko i stłukła okno. Na szczęście nie zrobiła sobie nic poważnego – tylko małe bezkrwawe rozcięcie skóry.

Gorące lato...
 
Przełomowym doświadczeniem było to jak pewnego razu Pan wywożący szambo nie czekając na to by ktoś mu otworzył sam odsuną bramę i wielkim warczącym autem wjechał na podwórko. Wcześniej zawsze zabierałam Kiki na ten czas do domu. Wcześniej też Pan czekał aż ktoś wyjdzie. Od tej wizyty już zawsze będzie czekał.
Kiki przepadła.


Przeszukaliśmy całe ogrodzenie wypatrując sierści, (bo ogrodzenie jest dość wysokie i mogła się przetrzeć przy skoku) albo rannej wystraszonej sarny, ale nic nie znaleźliśmy. Wołałam ją licząc na to, że jest gdzieś przyczajona w krzakach za ogrodzeniem. Nie było jej dwa dni i któregoś pięknego popołudnia przyszła od strony drogi i czekała przed bramą. Do dziś nie wiemy jak uciekła, bo na pewno nie przez bramę, bo musiałaby wtedy przejść obok szambiarki a nie sądzę, że zbliżyła się do takiego huku.
Ta przygoda pokazała mi, że wcale nie będzie mi łatwo, gdy Kiki odejdzie, – choć czułam się już zmęczona niepowodzeniami przeprowadzenia jej do lasu a jej – tak myślę, że da rade w dziczy:)

Chora - zatruta Kiki z wenflonem  

Od tego czasu Kiki zaczęła się bardziej interesować światem zza płotu, zaczęły się jedno i dwudniowe wycieczki. Po pewnym czasie zniknęła na tydzień i wróciła tylko na kilka godzin jakby nie mogła już być w ogrodzeniu. Potem, gdy wracała czekała przy płocie nie wchodząc, ale nadal mogłam jej dotykać i tak było kilka razy, potem pozwalała się tylko lekko musnąć palcami – wiedziałam, że zostawiam mój zapach, ale to było silniejsze. Kolejne odwiedziny były już z daleka i w towarzystwie. I widziałam jej zaskoczenie, że tamci uciekają. Raz przyszła z kawalerem:) Zatrzymałam się tak daleko by on nie musiał uciekać. Oj tak miło było patrzeć, czuć, że się udało, że znalazła drogę powrotną do lasu i do siebie.


Od dłuższego czasu nie zagląda, pewnie ma ważniejsze sprawy, pewnie jest już mamą...

… z niecierpliwością czekam na wizytę.

Bagins


BAGINS


Rok temu trafił do nas mały dzik. Zabłądził gdzieś w przydomowych ogródkach i nie był w stanie pójść za watahą. Gdy go do nas przywieziono, w pudełku po butach zrobiło mi się go żal – mała dzika świnka. Ale ta mała dzika świnka już w pierwszym tygodniu zdążyła pogryźć wszystkich domowników, wyryć w ogrodzie resztę kwiatków, których nie zjadła Kiki i ustawić obie suczki. Gaja to ciotka od zabaw i nauki, – bo pokazuje mu zasady i czasem karci jak coś mocno narozrabia a Migotka to przytulanka, grzeje go podczas drzemek.  
    

Od pierwszego dnia uczę go jeść z miseczki, bo bardzo gryzł i denerwował się podczas jedzenia z butelki czy zakraplacza. I od początku idzie mu świetnie, oczywiście rozchlapuje mleko i sam się bardzo brudzi, ale widać, że jest zadowolony i szybko się najada. 


Całe dnie – oczywiście, kiedy jest ciepło, bo Migonia mimo chęci nie zastąpi całej watahy – spędza rozrabiając na podwórku. Nocuje w domu, w łazience na termoforku i pod kaloryferem wyciągnięty jak struna.
Bagins na termoforku

W przeciwieństwie do saren, które u nas były Bagins, bo tak go nazwaliśmy, BARDZO upomina się o jedzenie. Kwiczy osiągając trudne do zniesienia decybele, uderza ryjkiem o drzwi i gryzie je próbując otworzyć. Aż się boję, co to będzie, gdy dorośnie:) 


Po tygodniu jedzenia mleka przyszedł czas na kaszkę mannę i Bagins oszalał na jej punkcie. Często podczas wlewania jej do miski z niecierpliwości podbija nosem (a u dzików nazywa się on gwizd ) i większość kaszy ląduje na podłodze, co oczywiście tylko nam przeszkadza· Doszło do tego, że aby mu wlać jedzenie jedna osoba musiała go przytrzymać i wytrzymać jego straszliwy krzyk niecierpliwości i gniewu.

 Największą słabością naszego podopiecznego jest drapanie. Tylko dzięki skrobaniu po szczecince można demona zamienić w kotka. Przewraca się wtedy a raczej osuwa w rozkoszy na bok leży wyciągnięty z zamkniętymi oczami. Niestety, gdy tylko oderwie się od niego rękę demon powraca. Zdarza mu się również, ze sam drapie się o różne sprzęty w domu i na podwórku np. o pedały rowerów. 

Bagins z Miszą w tle 


Z ulgą przywitaliśmy dzień, w którym wyprowadziliśmy Baginsa z domu na stałe. Po kilku tygodniach osiągną już mniej więcej wielkości kota, ale jest o dziesięć razy od kota silniejszy. Trudno utrzymać go w rękach wynosząc z domu a szczególnie trudno zatrzymać go, gdy postanowi wcisnąć się do mieszkania z którymś z domowników. Najmniejsze szanse ma niestety Babcia Marysia i niestety on już to wie. Ze względu na dogrzewanie malucha mieszka jeszcze w wielkiej budzie z obiema suczkami, ale pewnie latem cała trójka będzie spała na trawie. Aby ułatwić sobie karmienie go i zabezpieczyć miskę przed wiecznie rządnymi mleka suniami, Hubert zrobił specjalną skrzynio-zagródkę. Zanim Bagins do niej wejdzie można spokojnie wlać jedzenie a jeśli go nie zje od razu, to suczki nie sięgną by zrobić to za niego. Na razie sprawdza się świetnie, ale już myślimy, co zrobić, gdy podrośnie i nie będzie się mieścił w wejściu.

Druzgocąca proporcja 

Nadszedł czas na rozszerzenie menu…. I Bagins wzgardził otrębami i paszą dla prosiąt. Awantura była straszna stał przy misce i krzyczał. Kasza manna opętała naszego dziczka. Cały czas próbujemy mieszać mu pasze z mlekiem, ale bardzo mu to nie odpowiada. I jest to dość niesamowite, bo zjada wszystko, co uda mu się wyryć np. żuczki, korzonki i sama nie wiem, co jeszcze nawet podaliśmy mu dżdżownicę – tak na próbę, i okazała się przysmakiem to jednak pasza jest niezjadliwa….

Bagins stał się wielka gwiazdą naszego zoo. Jest jeszcze tak mały i tak sprytny, że przeciska się pod każdym płotem a jest przy tym tak szybki, że ma się wrażenie, że jest wszędzie. I wszystko byłoby dobrze gdyby nie to, że jak Bagins się rozkręci – a piski dzieci bardzo to ułatwiają, zaczyna szukać zaczepki.  A wygląda to tak, że potrąca, podgryza i skacze na wszystkich. I mimo tego, że jest to malutki dziczek bywa, że lekko zrani lub przewróci najmłodszych gości.


Kiki:) 


Co należy wiedzieć o dzikach: 


·                      - Symbolizują konfrontację, – co mówi już bardzo wiele:)

         - Średnia długość życia to 27 lat, – jeśli nikt mu w tym nie przeszkodzi



           - Są baaaaardzo silne i wytrzymałe – zdarza się, że po potrąceniu przez auto wstaną i pobiegną do lasu, – choć auto jest skasowane


        - Atakują tylko, gdy są ranne, zagrożone, – ale gdy są już bardzo osaczone i (co chyba jest najczęstszym powodem agresji) w obronie młodych. I nie trzeba ich koniecznie łapać wystarczy być za, blisko gdy młode wystraszy się i zapiszczy, dla loszki jest to wystarczający powód:), dlatego gdy zdarzy się wam spotkać dziczą rodzinkę raczej nie idźcie w ich kierunku:)



        - Z dolnej szczęki dzika wyrastają, wychylając się na zewnątrz dwa wielkie kły zwane szablami. Tylko 1/3 ich długości wystaje ponad kość żuchwy, (więc usuwanie ich – ze względu na bezpieczeństwo, kończy się najczęściej złamaniem kości żuchwy) i są one główną bronią każdego dzika. 




Słyszałam o przygodzie pewnego myśliwego, który zranił dzika i jak to z rannymi dzikami bywa zaatakował w obronie własnej. Pan szans raczej nie miał, jednak uratowała go pomyłka zwierzęcia. Dzik podczas walki i szamotania wbił kła-szable w kalosz myśliwego (a myśliwy miał kalosze wysokie na szelkach) i rozciął go aż do samej góry sądząc, że rozcina ofiarę. Ktoś tak rozcięty raczej szans na przeżycie nie ma, więc dzik odszedł. Niestety nie znam dalszej historii Pana Dzika, nie wiem jak bardzo był ranny i czy przeżył. Nie wiem też, co wydarzyło się z myśliwym-, ale marzy mi się, że dokonała się w nim przemiana i poczuł wdzięczność i szacunek do wszystkiego.



Z ulubioną zabawką:)

Wspomnieć muszę, że kiedy Bagins nocował jeszcze w domu dostał biegunki, najprawdopodobniej było to coś bakteryjnego od psów – dwóch Bernardynów, które ktoś nam podrzucił. Po kilku dniach leczenia wszystko się skończyło, ale było z nim ciężko. Ze mną zresztą też, gdy sprzątałam po nim łazienkę…

        Zaczęłam rozmyślać nad przyszłością Baginsa…, jeśli zostanie u nas musimy go wykastrować i podobno – jak radził weterynarz podać hormony.  Jest to konieczne ze względu na bezpieczeństwo nasze, gości i innych zwierząt.( Pamiętam jak ciężko było, gdy Torak dorastał, atakował wszystkich, gdy zachciało mu się przewodzić na podwórku) Ponadto będzie musiał większość czasu spędzać w zagrodzie – dużej, ale jednak w zagrodzie. Meczy mnie to bardzo, ja bym tak żyć nie chciała. Nie wypuszczę go do lasu, bo będzie chodził do ludzi licząc na jedzenie (sarny są bardziej nieufne nawet te wychowywane w domu), już teraz skacze na wszystkich. Poza tym dzik ma w sobie takie dziwne przekonanie, że to na niego trzeba uważać nie odwrotnie. Przez to założenie niewiele sobie robią rujnując nocą czyjeś wypielęgnowane ogrody:)
Zaczęłam, więc rozglądać się za schroniskami dla dzikich zwierząt. Ogromna większość takich miejsc prowadzą koła łowieckie, ale przyszłość zwierząt, które tam trafiają jest bardzo smutna. Jeśli nie trafią na stoły to są na nich trenowane myśliwskie psy…
Nie ma słów by opisać takie postępowanie

Napisałam do Wajraka, liczyłam, że zna takie dobre miejsce dla dzikich zwierząt, ale nie odpisał…


Niestety zdarzył się wypadek.

W pewną niedzielę wieczorem znaleźliśmy go schowanego pod krzakami.  Miał bardzo silne skurcze brzucha i gorączkę. Diagnoza-zatrucie. Szybka akcja z weterynarzem i lekami nie przyniosła żadnych efektów.

Po kilku dniach dowiedziałam się prawdy. Bagins zabrał od jednej z dziewczyn, które przyjechały na jazdę konną butelkę z atomizerem. Nie odebrała mu od razu… A potem nie znalazła słomki z środka…
Gdybyśmy o tym wiedzieli… 


Mam nadzieję, że jest teraz w krainie trufli wielkich jak dynie.